Mamy to szczęście żyć w czasach, w których dostęp do wiedzy ograniczony jest jedynie przez naszą chęć jej pogłębiania.

Skończyłem jedną z mniej renomowanych w oczach studentów uczelni. Cały czas z tyłu głowy miałem poczucie bycia człowiekiem „gorszego sortu”. Pomimo dwuletniego kursu rysunku i (nieskromnie stwierdzę) bardzo dobrych umiejętności rysunkowych nie dostałem się na wtedy wymarzoną Politechnikę.

Po roku okazało się, że przeniesienie z uczelni na uczelnię jest bezproblemowe. Nie zrobiłem tego. Czemu? Nie mam do dziś pojęcia, ale absolutnie tego nie żałuję.

Jakie w moich oczach są wady uczelni „drugiego sortu”:
– Kadra która nie stanowi czołówki pedagogicznej (Co prawda są wyjątki, które potrafią z ignoranta urbanistycznego, zrobić całkiem niegłupiego człowieka).
– Nauka przez rzemieślników stawiających na twarde rozwiązania, często podcinające skrzydła.
– Mała rotacja w kadrze.
– Często stare podejście do kwestii projektowych.
– Traktowanie przez inne uczelnie jako gorszy sort.
– Uboższe księgozbiory niż te które posiadają większe uczelnie.
– Gorsze programy wymiany studenckiej, oraz ich finansowanie.
– Mniejsza ilość tradycji i dedykowanych imprez.

Zalety są na pierwszy rzut oka trudne do wychwycenia. Tak naprawdę wychodzą po czasie:

– Mniejsza ilość studentów z architektonicznymi korzeniami. Nie tworzą się dzięki temu kasty.
– Wszyscy są traktowani bardziej obiektywnie.
– W dużym stopniu działa zasada: „Niekochane dziecko stara się dwa razy bardziej, niż to które ma tej miłości dostatek”. Przejawia się to w tym, że studenci mniejszych uczelni stawiają większy nacisk, na doskonalenie się we własnym zakresie, by „dorównać tym lepszym”.
– Nie ma przypadków, że kogoś z roku się nie zna.
– Kadra pamięta studentów i nikt ich nie traktuje jak cyferki na USOS’ie.
– Nie czuć wyścigu szczurów.
– Studenci z mniejszych uczelni, mają dużo więcej pokory wobec własnych umiejętności.
– Dużo łatwiej wejść na rynek pracy. Mniejsza uczelnia przyzwyczaja do dużo bardziej realistycznego patrzenia na architekturę.

Najzabawniejsze jest to, że nikt nigdy nie spojrzał na uczelnię którą skończyłem, tylko na portfolio. Znajomi z Krakowa i Warszawy cały czas oczekują pracy na „ich poziomie”, bo nie będą pracowali w pierwszej lepszej pracowni. Może miałem szczęście i trafiłem na wybitne jednostki, ale moje i moich znajomych życie ułożyło się tak, że wszyscy pracujemy dla czołówki projektowej Polski i świata.

Student Politechniki Rzeszowskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here