Mały piątek

0
213

 

Gdybym to ja mógł nazwać dni tygodnia wyglądało by to tak:

 

„poniedziałek, wtorek, mały piątek, duży piątek, piątek, sobota, jutro znowu poniedziałek”

 

Wtorkowy wieczór… wróć! Od godziny środa w nocy (każdy dobija do tego momentu życia, że kolejny dzień uznaje za rozpoczęty dopiero po wstaniu i napiciu się kawy. Mnie też to spotkało). Rendery zapuszczone. Szacowany czas: 5 godzin.  To godzinę dłużej niż planuję spać (sukces!). Kładę się na łóżku dając się objąć Morfeuszowi. Czuję jak rozkładana sofa zamienia się w najwygodniejsze łoże w tej części Polski. Gdy świadomość powili zanika, mięśnie się rozluźniają, błogi stan przerywa znajomy już dźwięk… Jeżeli chcecie znienawidzić jakiś utwór, to wystarczy go ustawić na budzik. 7:10, pada pierwsze ” Mmmmmmm… Dori me Interimo adapare dori me (…)”. Przez pierwszy tydzień wydawało mi się zabawne, gdy budził mnie chór z zespołu Era. Teraz słysząc cokolwiek co stało obok grupy w skład której wchodzi więcej niż trzech wokalistów, odruchowo czuję napięcie i niepokój. Nie polecam.

Do godziny 7:15 trwa walka z budzikiem by ostatecznie przekonał mnie do wstania. Na autopilocie włączam ekspres do kawy. Idę do łazienki, szybki prysznic, ogarnięcie facjaty, zębów, spojrzenie w lustro i codziennie ten sam widok. Podkrążone oczy kreta, włosy w nieładzie, idealnie by zagrać statystę w The Walking Dead. Pierwszy przebłysk świadomości mówi mi, że popełniłem znowu ten sam błąd co wczoraj. Jaki sens ma umycie zębów przed wypiciem kawy? Termos w rękę i przelewamy. Będzie asekuracyjnie w samochodzie na czarną godzinę. (Bluszcz świetnie rośnie podlewany dwudniową kawą z termosu). Koło godziny 7:30 włączam monitor by sprawdzić jaki jest stan renderu. Napięcie towarzyszące tej czynności bardzo łatwo zobrazować: Wystarczy wyobrazić sobie głos Hubert Urbańskiego mówiącego: Witamy po przerwie. Program milionerzy! Paweł własnie walczysz o możliwość spokojnego dnia, aż do południa. Czy jest gotowy na to co się stanie za chwilę? Teraz ta melodyjka co pojawia się przy oczekiwaniu… Włączam monitor i jest! Nie widziany od paru miesięcy. Graal informatyków, powoli stający się legendą przeszłości: Bluescreen…

 

To nie będzie mój dzień.

 

Wrzucam pliki na dysk. W między czasie wybieram ciuchy które będą kompromisem między: Nie odstraszyć inwestora, będzie 32 stopnie i ostatnio robiłem pranie pięć dni temu. Ta czynność uczy sztuki kompromisu samego ze sobą. Jednym z lepszych nawyków które wypracowałem po skończeniu studiów, to gotowanie na dwa dni w przód. Chociaż o jedzenie się nie muszę codziennie martwić. Droga do biura o dziwo przebiega bez problemowo. Wchodzę jak pan na włościach … spóźniony. Witam się z współpracownikami. Szybka wymiana zdań, odpalamy ekspres do kawy i czekamy. Każdy po kolei.

Jest 8:20. Podpinam dysk, zapuszczam render, a w między czasie sprawdzam pocztę. Ile bym dał by maile przychodziły z np. dwudniowym opóźnieniem tak jak listy Poczty Polskiej. Rekordziści są w stanie odpisać na maila w ciągu paru minut, kreśląc nową koncepcje tego co chcą, pisząc przy okazji rozprawkę na temat genialności ich nowej koncepcji podkreślając, że to dla nich bardzo ważne i chcieli by jeszcze dziś coś zobaczyć, pomimo tego, że od początku współpracy wiedzą, że też potrzebujemy czasu na zmiany. No nic. Pan każe sługa musi, ale dopiero jutro. Przez dwie godziny ciśnie się rzuty przytrzymując barkiem telefon do ucha, szuka inspiracji w internecie, czasem zerknie na facebook’a, by zobaczyć, że wszyscy w koło cieszą się życiem, gdy Ty siedzisz przed biurkiem szukając zalet białych okrągłych kinkietów, nad czarnymi prostokątnymi. Tu niestety, im dłużej człowiek jest w zawodzie tym  bardziej idzie na łatwiznę. Gdy nie wiem co wybrać, bo obydwie koncepcje wydają mi się słuszne, wypieram tę, której modele są łatwiej dostępne na internecie (nie rozumiem, czemu producenci większości mebli nie mają dostępnych odwzorowań 3d swoich produktów. Nie są to astronomiczne kwoty, by zatrudnić modelera, a na pewno wpłynęło by to pozytywnie na sprzedaż). Tak mija czas do około 11. W tle renderuje się nadal obrazek który powinienem już od mieć od paru godzin, a o 13 powinienem przedstawić klientowi. Na szczęście, pomimo szumu na renderze, ktoś mądrzejszy wymyślił pluginy do photoshopa sprytnie usuwające ziarno. Pozwala to zaoszczędzić czasem nawet i parę godzin. Jest nadzieją, że wszystko się uda.

Czas na szybki obiad. Mikrofalówka, to drugie urządzenie po ekspresie, które sprawia, że kiepski dzień nie jest aż tak tragiczny. W między czasie telefon do inwestora. To kolejny dziwny, ale wydaje mi się, że dobry nawyk. Często rozmowy prowadzę na autopilocie bo wiem, że będę prosił o potwierdzenie wszystkiego mailem. Nawet nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, jaka jest rozbieżność, między tym co człowiek mówi, a pisze. Słowo pisane zmusza do przemyślenia tego co się chce. Mniej więcej dwie godziny przed każdym spotkaniem (chociaż teraz staram się po prostu z rana napisać sms’a), dzwonie by potwierdzić czy klient przyjdzie. Prosta rzecz, a często można uniknąć sytuacji ” Dzień dobry, Paweł z tej strony, czekam już na Pana/Panią od piętnastu minut. Chwila ciszy w słuchawce, przerwana słowami: A to nie byliśmy umówieni na jutro?

Kurtyna …

Rozmowa z klientem to jedna z bardziej lubianych przeze mnie części pracy projektanta. Można wczuć się w drugą osobę, wyłapywać drobne komunikaty które padają między słowami, tworząc obraz tego, jak spełnić marzenie o idealnym wnętrzu. Czasami niestety też pojawia się zgrzyt, o którym od razu staram się poinformować i przekazać klienta komuś kto bardziej będzie czuł estetykę o której mowa. Zwykle konsultacja trwa około godziny. Ołówki, długopisy mazaki w ruch i omawiamy zmiany. Lubie widzieć jak ludzie się wczuwają i wygląda to trochę tak jak by grali w simsy moimi rękami.

Około 15. Staram się wrócić do biura, popracować jeszcze z dwie godziny, gasząc małe pożary projektowe.  Ostatnia godzina pracy jest najmniej produktywna. Oczami wyobraźni jestem już gdzieś indziej. Najczęściej myślę sobie: Jeszcze 15 minut do pół godziny do końca. Tak dziś ugotuję kurczaka z warzywami. Na bogato!

Godzina 18 jest zwykle tą godziną w której jestem już w domu i zajmuję się sam sobą. Praca architekta pokazała mi, że pasja która staje się pracą, przestaje być pasją. Dalej sprawia przyjemność, ale potrzeba wtedy czegoś co będzie w opozycji do tego co robi się zawodowo. Zacząłem chodzić na siłownię. Dużo większy nacisk położyłem na szukanie innych rozrywek, byle z dala od komputera. W każdy wtorek, staram się z przyjaciółmi chodzić do kina, Escaperoom’ów (Polecam jako odskocznie od rzeczywistości!) czy po po prostu na piwo.  Potem szybkie zakupy, gotowanie i wybija na zegarze 22-23. Nie mam pojęcia kiedy ten czas mija. Odpalam komputer, sprawdzam pocztę, co by mi się lepiej spało wiedząc jak głęboko jestem w d… ole z terminami. Nawyk sprawdzania poczty koło 22 daje jeszcze 3-godzinne pole manewru, by ogarnąć coś o czym się zapomniało. Organizacja to nie jest moje drugie imię, ale na szczęście współpracownicy, ogarniają ten aspekt pracy dużo lepiej.

Jeżeli jest w miarę spokojnie w skrzynce, mogę sobie pozwolić na dwie godziny myślenia o niczym, grając na komputerze, nadrabiając zaległości w serialach, czy czytając dobrą książkę. Z wiekiem coraz bardziej ważny staje się czas spędzany samemu ze sobą w spokoju, niż imprezowanie w dużym towarzystwie. Jakość bodźców, przekładamy ponad ilość.

 

Tak, to był jednak bardzo spokojny dzień

Pozdrawiam!

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here